english

newsy

wrzesień 2010

« Poprzedni     Następny »
04
09
2010

Sydney. Australia.


Można nazwać to karmą, bo od zawsze modelowanie włosów na okrągłych szczotkach uznawalem za szczyt tandety i właściwie nigdy tego nie robiłem. Kaski i loki a'la Hollywood można zrobić łatwiej i przyjemniej, a przede wszystkim bardziej trwale i efektownie. Ale właśnie dziś spędziłem cały dzień pracując w miejscu, które nazywa się Blow Lounge. To tu podstarzałe i znudzone życiem żony bogatych mężów przychodzą codziennie wymodelować sobie włosy właśnie na okrągłej szczotce. Najczęściej pojawiają się klonowane blondynki, które przekraczają czterdziestkę z takim lękiem przed starością, że jeszcze zanim zgasną świeczki na urodzinowym torcie, one już pędzą wstrzyknąć sobie silikon: w piersi, policzki usta ... *


Większość z nich, to znaczy te, którym bozia nie dała włosów jak Cindy Crawford, a mają jakieś wiszące utlenione strzępy, chcą wyglądać jak modelki z pokazów Victoria Secret. Te zaś które mają z natury na głowie pudle, mopy i kopki siana (bo jak wiemy bozia sprawiedliwa nie jest) chcą mieć proste, lśniące i jedwabiste włosy, ale właśnie wyprostowane na cholernej okrągłej szczotce, bo jakiś australijski debil w telewizji powiedział, że żelazko niszczy włosy (tak jakby wrzący strumień powietrza suszarki nastawionej na “max” robił coś zupełnie innego).


W salonie non stop szumi pięć suszarek nastawionych właśnie na “max” i wszyscy (poza mną oczywiście) zdają się w ogóle nie wyczuwać swądu przypalonych włosów i kosmetyków, które również tej temperatury nie wytrzymują. Klonowane blondynki prężą się przed lustrami, starając się uchwycić ten moment, w którym ich twarz wygląda najlepiej, zapamiętać go, by potem powtarzać tę sekwencję min w nieskończoność. Ja w tym czasie staram się zachowywać w miarę naturalnie jak na warunki w których się znalazłem i zbytnio nie zwracać uwagi na wysiłki siedzących wokół klonów, choć niewątpliwie pochodzę do nich z niewielką tylko wyrozumiałością właściwą mężczyznom dość obojętnym na uroki płci przeciwnej.


W dodatku non stop się uczę. To znaczy od rana kopiowałem ruchy moich koleżanek z pracy, bo one od lat wymachują okrągłymi szczotkami. Właściwie zawsze szło mi to bardzo sprawnie, ale przyjmując, że klony chcą wyglądać zawsze tak samo starałem się robić im taką samą kupę na głowie, jaką widziałem na fotelu obok. Czyli powrót do wczesnych lat dziewięćdziesiątych, bo nie wspomniałem tylko, że te klony zatrzymały się właśnie na estetyce z poprzedniej epoki opierając całą swoją wiedzę na temat urody na czasopismach dla fryzjerów. No cóż, jak odważyłem się zrobić coś bardziej na czasie (bo klon powiedział, że chce wyglądać jak z Vogue'a) to okazało się, że się nie podoba i ona miała na myśli takie coś jak ma jej koleżanka obok (kupa sklejonych loków zrobionych prostownicą, czyli zupełny odlot w krainę fryzjerskiego kiczu).


Ale jak się okazało fryzjerskich sztuczek nigdy nie za dużo i zobaczyłem coś, czego na prawdę bałem się powtórzyć na klonie siedzącym przede mną. Klon obok miał już w głowie pięć okrągłych szczotek, które zwisały posępnie niczym trupy na drzewie. Nie wiem co sobie klony myślą w takim momencie, bo z pięcioma szczotkami wbitymi w łeb nie wyglądają zbyt powabnie nawet dla kogoś kto znacznie mocniej niż ja reaguje na płeć przeciwną. Ja bym na miejscu takiego klona kategorycznie tego zabronił, ale pewnie jakiś inny debil pokazywał tak w telewizji, że to niby nowocześnie i fryzura trwalsza będzie.


Ciąg dalszy nie nastąpi, bo klonów i okrągłych szczotek mam serdecznie dość.

 

 

 

 

Cytat z książki Carmen Posadas, Pięć błękitnych much

02
09
2010

Sydney. Australia.


Od poniedziałku znów zacznie się szkoła. To nie pamiętnik nastolatka. Spokojnie to nadal ja, Maciej, student Sydney College of English. Mam już pierwsze siedem tygodni w szkole angielskiego, teraz właśnie kończą się moje wakacje, a przede mną następne siedem tygodni nauki.


W szkole obowiązuje zakaz mówienia w innym języku niż angielski, ale na przerwach tworzą się małe grupki i radośnie świergoczą po tajsku, chińsku, japońsku i koreańsku. Właściwie głównie po koreańsku bo mieszkańcy tej dziwnej planety są w przewadze liczebnej.


Wyjazdy na kursy językowe są bardzo modne w Korei, bo to tak dobrze wygląda w CV, a wiadomo, że w anglojęzycznym kraju na każdym kroku jest szansa do praktykowania angielskiego, nawet kupując colę w sklepie.


Tak więc Koreańczycy przyjeżdżają, wynajmują mieszkanie w koreańskim budynku i dzielą go z innymi Koreańczykami. Takie Koreańskie getta w Sydney są dwa. Koreańczyk oswaja się więc z językiem angielskim, w tym celu kupuje w koreańskim sklepie, pije kawę w koreańskiej kawiarni, je w koreańskich restauracjach i chodzi na koreańskie karaoke wieczorami.


Gdy ma tylko okazję porozmawiać po angielsku chowa się jak ślimak w skorupce, kuli, spuszcza głowę i jak najszybciej próbuje ominąć zagrożenie.


Są jeszcze te cholerne lekcje angielskiego, więc koreański student robi co może i spóźnia się, lub w ogóle nie przychodzi, nie odrabia zadań i bulgocze coś pod nosem, gdy wszyscy się zastanawiają, czy to jeszcze koreański, czy już angielski.


Gorzej gdy są ćwiczenia w parach. Wtedy mogę sobie z takim Koreańczykiem niekrępująco pomilczeć. Gorzej gdy trafiam na koreańską niewiastę, bo ta zachowuje się tak, jakbym miał rozpięty rozporek i opowiadał jej bardzo nieprzyzwoite historie. Zmieszana, oburzona, sapie coś i wzdycha.


Na jednej z lekcji temtem było jedzenie, więc dowiedziałem się, że ulubioną kuchnią każdego Koreańczyka jest kuchnia ... koreańska. Ewentualnie pizza w koreańskiej knajpie z koreańską kiszonką. Gdy rozmawiamy o uczuciach, żaden koreańczyk nie wyobraża sobie związku z osobą z poza swojego kraju.


Nasz klasowy kasanowa, to notorycznie spóźniający się Yuen, który w ciągu pierwszych czterech tygodni zaliczył trzy koreańskie romanse. Na pytanie nauczycielki, czy ma dzieczynę odpowiada z koreańskim akcentem:

  • Yez, yez!

  • Czy to Koreanka. - pyta nauczycielka.

  • Yez, yez! - woła zdziwiony.

  • To może sobie znajdziesz australijską dziewczynę i poćwiczysz trochę angielski?

  • No, No! - z przerażeniem woła z koreańskim akcentem.



Tak więc od poniedziałku znowu koreański, to znaczy angielski.


01
09
2010

Sydney. Australia. 

 

sydney

 

⇑ do góry