newsy
lipiec 2010
« Poprzedni Następny »07
2010
Sydney. Australia.
Nie będę pisał o tym jak pracowałem przy sesji “nogi na bok”, jak przyszła ona: małe oczka, wielkie cycki i dwa kilogramy doczepianek na głowie. Gdy ściągnęła stanik okazało się, że cycki wcale takie wielkie nie są, tylko push up był dobry. Do tego ona robi kocie ruchy, wydyma wargi i wypina pupę.
Ja wcześniej musiałem jej namalować oczy, których nie miała i udawać, że kudły które wiszą na jej czaszce się jeszcze do czegoś nadają. A niestety nadawały się tylko do spalenia jeśliby ktoś chciał zrobić dużo smrodu, bo były z jakiegoś sztucznego tworzywa, skołtunione nienaturalnie i postrzępione do granic możliwości.
Nie będę też pisał o sesji w apartamencie za dwa tysiące dolarów tygodniowo i Don Perignionie, który lał się strumieniami na koniec. Obiecałem relację z zimowego festiwalu, który przeniósł się na plażę Bondi. Kto nie w temacie to zachęcam do przeczytania części pierwszej wtedy ta stanie się klarowniejsza.
Druga część festiwalu stoi pod znakiem ulepszania. W lodowisku nie ma dziury, Azjaci jeszcze do tej pory nie wylali oleju, tylko choinki szlag trafił w trasporcie.
Wszystko wysypali na wielką kupę, tak, że nadal jest sto czterdzieści drzewek (a każde z nich składa się z dwudziestu pięciu elementów) ale całość wygląda jak instalacja pod tytułem “był las, a teraz jest gówno”. Niestety ja z tym gównem walczę od samego rana. Bo to, że gałązki odpadły to nie problem, bo je można przymocować na nowo. Problem w tym, że gałązki są w trzech rozmiarach i trzeba je najpierw posortować. Czułem się jak Kopciuszek sortując wszystko przez trzy godziny. I na nieszczęście zachciało mi się jeść, więc poszedłem na przerwę.
To, że w pobliżu jest do wyboru fastfood, albo fastfood to już sprawa drugorzędna, więc zapchałem się byle czym i wróciłem. I teraz to dopiero się poczułem jak Kopciuszek. No bajka, kurwa, bajka! Trzy kupki, które udało mi się ładnie zrobić znów scaliły się jakimś cudem w jedną, tylko, że dziesięć metrów dalej, bo miś, który robi gorącą czekoladę właśnie przyszedł rozłożyć swój sprzęt i przesunął wszystko, bo mu przeszkadzało.
Ale jak już pisałem (wzorem Australijczyków) absolutnie niczym się nie przejmuję, a w dodatku płacą mi za godziny przepracowane, więc zacząłem sortowanie od początku.
Całość przygotowań przebiegła o dziwo w miarę sprawnie i na Bondi pojawiły się brezentowe namioty, które udają alpejskie chatki, coś co udaje choinki a wygląda jeszcze gorzej niż w pierwszej części i ta sama australijska kiełbasa udająca prawdziwą niemiecką wurst. W dodatku chyba zabrakło gluhwein i do zwykłego cabernet dodają cynamonu i soku pomarańczowgo. Uściślając: do soku pomarańczowego dodają cynamon i odrobinę wina.
Jedyną rzeczą, która spędza sen z powiek jest fakt, że sól rozpuszcza lód. Ja to wiem, bo zimą w Poslce się przecież kiedyś tony soli na ulice wysypywało. Ale tu w Australii najwyraźniej takiej wiedzy nie mają i nadal myślą, że sól powoduje dematerializację oleju (choć po przygodach sprzed dwóch tygodni być może już swoją wiedzę zweryfikowali).
Na szczęście wiatr od morza nie wieje codziennie, więc aż tak źle nie jest. Gorzej jest z deszczem. Ja się dziwię tym, którzy w tej deszczowej, wietrznej pogodzie jeżdżą na łyżwach, bo to nie jest przyjemność. Dodam, że temperatury spadły u nas do 10-14 stopni.
I jeszcze ta muzyka. Trzydzieści utworów z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wylewa się z głośników jeden po drugim w kółko przez cały dzień. Znam już na pamięć YMCA, I can't stand the rain, I will survive i jeszcze parę innych. I nie wiem dlaczego nie mogliby jakoś poszerzyć ścieżki dźwiękowej.
Albo wykupili tantiemy tylko do tych trzydziestu piosenek, albo grają tylko te trzydzieści utworów na wszelki wypadek, gdyby musieli zapłacić karę, bo tantiemów nie zapłacili. Po czterech dniach mam już dość, a na dodatek zatrudnili siedemdziesiąciolatka z akordeonem, któremu towarzyszy sędziwa partnerka z krwistą czerwienią na ustach i tamburynem. Oni wydają dźwięki, które mają przypominać bawarskie przyśpiewki, a z głośników w tym samym czasie wyje Abba.
Byle do niedzieli. I byle do wiosny.
07
2010
Bondi. Sydney. Australia.

07
2010
Sydney. Australia.
Plastikowe choinki w ilości stu czterdziestu sztuk tworzą sztuczny las na placu przed katedrą St Mary's w samym centrum Sydney. Każda z nich ma metr dwadzieścia, jest ciemnozielona i nijak się ma do naturalnego pierwowzoru. Choinki wyprodukowali Chińczycy, prawdopodobnie z jakiegoś bardzo rakotwórczego plastiku, bo śmierdzą nie do opisania, ale wszystkie ostrzeżenia są po chińsku, więc nikt się tym nie przejmuje.
W ogóle zauważyłem, że w Australii ludzie niezbyt wieloma rzeczami się przejmują. Może to i dobrze, bo pewnie jest tu mniejszy współczynnik zawałów, ale z drugiej strony nieźle bym się wkurwił, gdybym u Chińczyków zamówił sto czterdzieści dwu-i-pół-metrowych choinek, a dostał jakąś karłowatą odmianę w tej samej cenie. Na dodatek każde z tych rachitycznych drzewek składa się z dwudziestu pięciu elementów, więc złożenie wszystkich zajęło dwa dni pięciu pracownikom. Na szczęście to nie ja byłem szefem, ale tym, który te choinki montował, więc też stresu żadnego nie miałem.
Przez kolejne dziesięć dni z rzędu pracowałem podczas zimowego festiwalu, jako że mamy w Sydney zimę. Co prawda śnieg robiły maszyny, ale temperatura otoczenia na nieszczęście dostosowała się do pory roku, więc musiałem założyć kalesonki.
W projekcie wszystko wyglądało na pewno wspaniale. Alpejskie miasteczko, lodowisko, muzyka i niemieckie żarcie. Tyle, że jak zwykle na takich imprezach bywa wszystko wygląda dobrze w nocy, gdy oświetlone jest blaskiem dwóch kilometrów światełek choinkowych (które notabene również ja rozwieszałem). W ciągu dnia winter festival przypomina żałosny targ gdzieś we wschodniej Europie. Brezentowe namioty, które udają alpejskie chatki, coś co udaje choinki i co najgorsze ze wszystkiego australijska kiełbasa udająca prawdziwą niemiecką wurst! No to już jest przesada!
Było już dziesięć minut do otwarcia dla gości, a cały teren wyglądał tak, jakbyśmy go otwierali za tydzień. Ale jak już pisałem Australijczycy za bardzo się nie przejmują, więc gościom również nie przeszkadzało to, że z zapachem smażonej kiełbasy niezbyt dobrze komponowała się woń olejnej farby, którą malowałem właśnie reniferki na barze.
A na dodatek wszystkiego Azjaci wylali sto litrów oleju do smażenia. W ogóle niezły to widok jak Azjata smaży schabowe i zapieka kiszoną kapustę. Ale odwiedzający myślą pewnie, że w kuchni samych Niemców zatrudnili, bo takie to pysznie Europiejskie. Co prawda można tak myśleć, bo Azjatów pochowali w kuchni na zapleczu, a przy stoiskach serwujących niemieckie rarytasy rzeczywiście stoją biali, niekoniecznie niemieckojęzyczni, ale za to przebrani w cudne niemieckie wdzianka. Ja na szczęście mam ciepłą bluzę z napisem winter festival i co dzień mam inne zadania do wykonania. Niektóre są nudne jak sprzedaż biletów, lub stoisko z alpejskimi pamiątkami albo udzielanie informacji sfrustrowanym gościom, że nie ma już więcej zamykanych szafek, więc generalnie niech sobie ze swoją torebką na tych łyżwach jeżdżą, bo za niezamknięte rzeczy organizator festiwalu nie odpowiada.
Dodam tylko, że na dwustu dwudziestu korzystających co godzinę z lodowiska, szafek jest zaledwie trzydzieści, a po pierwszym dniu zostało ich dziesięć, bo ludzie pogubili kluczyki, a organizator festiwalu kluczyków zapasowych nie posiada. Istny cyrk, a nie alpejska wioska.
W pierwszy dzień, po tym gdy Azjaci wylali ten nieszczęsny olej zostałem oddelegowany do znalezienia piasku, żeby ten olej zasypać. Do najbliższej plaży mamy jakieś dziesięć kilometrów, ale przed wycieczką uratował mnie szef ochrony, który stwierdził, że olej najlepiej zasypać solą kuchenną. No to wymyślił! Do końca nie wyjaśnił, co sól z olejem miałaby zrobić, ale spróbowałem potem w domu i nie działa. Olej pozostaje olejem, a sól się lekko rozpuszcza. Kilogram soli, który zdobyłem w kuchni oczywiście nie wystarczył (do tej pory zastanawiam się czy to nie był aby jedyny kilogram soli, bo do końca festiwalu kotlety były dość niedosolone). Menadżerka całej imrezy zaczęła posypywać tę olbrzymią kałużę (a w zasadzie można by powiedzieć mały stawik) używając łyżeczki do herbaty mając chyba nadzieję, że jakimś cudownym sposobem olej się zdematerializuje.
Ja wzorem miejscowych również się nie przejmowałem. W ogóle dostrzegam bardzo wielką zaletę wykonywania bezstresowych, prostych prac. To cudowne uczucie nie mieć absolutnie żadnej odpowiedzialności. Nawet za piasek, bo o nim też zapomnieli, gdy jakaś pani stwierdziła że przecież są takie dwudziestokilowe worki gdzieś z tyłu i tam pewnie sól w nich jest. Więc przytargaliśmy taki jeden worek, na którym były jakieś dziwne chemiczne znaczki, co prawda nie po chińsku, ale lekcje chemii ostatni raz miałem piętnaście lat temu, a podejrzewam, że większość osób wokół mnie na chemię w ogóle nie chodziła, bo nawet się na ten wzorek nie popatrzyli. A wzór chemiczny soli to na pewno nie był.
Niemyślący chłopiec z Nowej Zelandii (który miał również szarą bluzę z napisem winter festival i co dzień inne zadania do wykonania) nawet do środka nie zajrzał, włożył tam rękę po łokieć i od razu musiał udać się pod bierzącą wodę, bo środek okazał się jakąś żrącą substancją o niewiadomym zastosowaniu.
Nie zdążyliśmy się uporać z olejem, gdy okazało się że lodowisko też do końca perfekcyjne nie jest i zrobiła się dziura. Na pofalowaną powierzchnię lodu nawet nikt nie zwrócił uwagi więc i ja milczałem cicho popijając gluhwein, czyli australijskie czerwone wino podgrzane z sokiem pomarańczowym, które niby udawać miało alpejskiego grzańca. Na to też nie narzekałem, bo wino i niemieckie jedzenie mieliśmy prawie bez ograniczeń, więc po dziesięciu dniach robię sobie teraz detox od zimy, tłustego jedzenia i choinek. Jem tylko sałatki, oglądam letnie kolekcje odzieży i próbuję chodzić po domu w kąpielówkach, choć niestety to ostatnie nie do końca mi się udaje, bo Australijczycy nie mają centralnego ogrzewania.
Dziury w lodzie załatać się nie udało więc na samym środku lodowiska ustawiliśmy płotek i dziesięć sztucznych choinek. Że niby tak miało być. Uroczo!
Zimowych historii ciąg dalszy nastąpi, bo za tydzień festiwal przenosi się na Bondi beach.
07
2010
Cockatoo Island. Sydney. Australia.





07
2010
Sydney. Australia.
Who the fuck is Sami? pomyślałem sobie, ale tylko się uśmiechnąłem udając podekscytowanie. Kobieta z agencji dała mi call sheet z detalami sesji zdjęciowej, na której miałem pracować następnego dnia. W domu “wygooglowałem” wyżej wymienioną istotkę i okazało się, że Sami to australijska osobowość telewizyjno – radiowa. Debiutowała jako “pogodynka” w Nine Network, a teraz jest bardzo znaną i lubianą personą.
Co do bardzo znanych to ja znam chłopaka z Goa, który nigdy w życiu nie słyszał o Madonnie (a ma dwadzieścia lat i w dodatku jest gejem), więc w tym momencie poczułem się jak on. Ktoś mi mówi: Rafał będziesz pracował z Sami, ona jest taka sławna i taka super, i taka gorgeous! No tak, awesome! - myślę sobie.
Spodziewałem się blondynki, która mózg zostawiła w domu, ale ta która weszła właśnie do studia swoje szare komórki zostawiła jeszcze w brzuchu matki. Biały pudel o ilorazie inteligencji równym swojej Pani stanowił ideane dopełnienie. Słodziutkie, czerwone serduszko wytatuowane na lędźwiach uroczo komponowało się ze stuprocentową głupotą, w której oparach przyszło nam pracować. Lędźwia oczywiście nie należały do psa, ale opary były wspólne.
Na dodatek Pani miała bardzo wybujałe pojęcie o swojej popularności i zachowywała się tak, jakby była co najmniej Sarą Jessicą Parker albo Paris Hilton. Gdyby tak było, to jeszcze bym to zrozumiał. Mogę śmiało powiedzieć, że te nazwiska są mi znane i w pełni zaakceptowałbym dziwne zachowanie, choć nie gwarantuję, że obcowanie z Paris czy Jessicą zrobiłoby na mnie jakiekolwiek wrażenie.
Paris znałem już wcześniej, bo kto nie zna Paris, a Sara Jessica Parker rzuca seksowne spojrzenia z każdego przystanku w Sydney prezentując nienagannie wyblurowaną skórę twarzy, co na tak leciwą kobietę zupełnie nie przystoi. Dałbym sobie jednak głowę uciąć, że wspomniany wcześniej znajomy z Goa ani o Sarze, ani o Paris nigdy w życiu nie słyszał, co i tak nie przeszkadza w tym, że gdyby Sami była Sarą jej ostentacyjne zachowanie byłoby w jakiś sposób wytłumaczalne.
Mimo, że do sesji zatrudniono make-up artist i mnie jako hair stylist Sami przyszła w gotowym makijażu i fryzurze, które zrobiła sobie w domu. Ani jedno, ani drugie nie było perfekcyjne, ale Sami stwierdziła, że tak ma być, bo tak właśnie wygląda najlepiej. Zrozumiałbym jeszcze, że boi się jakiegoś nowego fryzjera, który dopiero co do Sydney przyjechał, ale australijska wizażystka, z którą tego dnia pracowałem miała w portfolio siedem okładek Vogue'a, więc raczej możnaby jej na godzinę zaufać (zwłaszcza w kwestii makijażu).
Sami pozwoliła sobie tylko zatuszować przebarwienia od słońca, których domowym sposobem nie udało jej się zakryć (ups! nikt nie jest idealny), a ja w międzyczasie dostąpiłem zaszczytu rozczesania kołtuna, który zrobił się przypadkiem z tyłu głowy. I na tym skończyła się nasza praca, więc do końca dnia wraz z wizażystką delektowaliśmy się cudownym cateringiem.
