newsy
styczeń 2010
« Poprzedni Następny »01
2010
Vagator. Goa. India.
W tym roku podczas głosowania w konkursie na blog roku było bardzo gorąco. W naszej kategorii startowały 163 blogi. Zakwalifikowaliśmy się na 11 pozycji. A tylko pierwsza 10-tka przechodzi do kolejnego etapu, czyli ocenie jury. Tak więc czuliśmy się najbardziej przegrani, bo tak niewiele brakowało.
A tu cud nad Gangesem, albo raczej nad Morzem Arabskim. Z uwagi na to, że dwa blogi otrzymały tyle samo głosów do następnego etapu weszło 11 blogów, a tym jedenastym był właśnie nasz!
Gramy dalej. Teraz jury ocenia blogi. W naszej kategorii jurorem jest Pan Marek Kalmus. Ogłoszenie blogów nominowanych przez jury nastąpi 1-go lutego 2010 o 15:00 czasu polskiego, czyli w drugą rocznicę rozpoczęcia naszego never-ending-trip! Zobaczymy, czy szczęście dopisze nam i tym razem.
Dziękujemy Wam za każdy sms! To dzięki Wam jesteśmy w pierwszej 10-tce, tfu ... 11-ce. Teraz zostało tylko trzymanie kciuków.
01
2010
Chapora. Goa. India.
Chapora to ostatni przystanek w podróży, mówi do nas siwy mężczyzna, sześćdziesięcioośmiolatek przedstawiający się jako Mike. W latach 60-tych był muzykiem rockowym, dekadę później zaczął malować muzykę. Psychodelicznie. Dużo narkotyków i alkoholu, mówi, a nie tylko coffee and cigarettes.
I tak oto pewnej upalnej nocy odkryliśmy skamieniałości dzieci kwiatów. Wymierający gatunek, mocno wyniszczony dużymi dawkami alkoholu i innych używek. Sędziwe towarzystwo prowadzące filozoficzne dysputy przy piwie lub butelce wina.
Czy macie filozofię życia? Co za pytanie, myślę sobie i odpowiadam, że nie mamy żadnej filozofii, bo jesteśmy prostymi ludźmi. Tak zaczyna się nasza podróż do krainy, która już nie istnieje, a za którą tęsknią jeszcze ci, co ją pamiętają.
Są tu w Chaporze miejsca, w których podaje się alkohol w cenie sklepowej. Kilkanaście barów wzdłuż wąskiej ulicy. Średnia wieku: mocno po pięćdziesiątce. My tą średnią bardzo zaniżamy. Miejsce ma niesamowity klimat. Tylko, że z kolacją trudniej, bo prawie nigdzie nie serwują nic do jedzenia. Pić na pusty żołądek? Tak, to najlepsze rozwiązanie. Nasz nowo poznany kolega wyznał nam, że odkąd wstał dziś rano zjadł tylko małe śniadanie, a od południa pił już tylko wino. To daje dużo lepsze efekty.
No tak, rozejrzeliśmy się wokół i rzeczywiście, tutaj nikt nic nie je, wszyscy tylko piją. Towarzystwo z lubością wspomina wczesne lata 90-te. Ach, to musiał być cudowny czas. Wszyscy byli młodsi o 20 lat. Pytam Mike'a jak tu wtedy było. A on mówi, że tak samo dużo śmieci się wszędzie walało. Ale to jest tylko nasz problem, białych, bo Hindusi nie widzą tych śmieci. Oni mają szersze horyzonty niż my, widzą o wiele więcej, więc te śmieci nie są nawet godne uwagi. Zobaczysz jak tu pomieszkasz chwilę. Hmm, ciekawa teoria, ale jakoś każdego napotkanego Indusa nie nazwałbym od razu oświeconym.
Mike twierdzi, że ma coraz mniej czasu, bo się doba skróciła. Kiedyś miała 24 godziny, a teraz już tylko 16. Nawet naukowcy to wiedzą, mówi z przekonaniem. Pytamy go skąd jest, ale słyszymy tylko: nie pamiętam. Zapomniałeś, czy nie chcesz pamiętać? A to dobre pytanie, urywa temat.
Mike nie pamięta również żadnej swojej piosenki. Nie potrafi niczego zanucić, ale jego największy przebój dopiero powstanie. Będzie o Chaporze, o tej ulicy, co jest jak rzeka, i będzie przetłumaczona na wiele języków. Tak powoli mija tu każdy wieczór. Marzenia, świat własnej wyobraźni, a czasu coraz mniej, wszak doba jest teraz krótsza.
O pierwszej w nocy spoglądamy wokół. Jest wesoło, alkoholowo i dekadencko. Starsza Niemka tańczy z kimś na ulicy. Zmęczone życiem twarze upijające się tu co noc oświetla słabe światło żarowki. Chapora to ostatni przystanek w podróży. Sanatorium pod klepsydrą, a raczej pod palmą.
01
2010
Vagator. Goa. India.

Zaraz po Sylwestrze dotarliśmy na Goa, zaszyliśmy się w zielonej dżungli na skraju Morza Arabskiego i zaczęliśmy pędzić życie znudzonych letników.
Jakoś nie udzieliły nam się szaleństwa z jakich słynie wybrzeże. Dwudziestoczterogodzinne imprezy to coś, czego w sumie tu już nie ma (na pierwszy rzut oka), a jesteśmy zbyt rozleniwieni by szukać. Jedyna imprezownia we wsi (a dodajmy, że ta wieś jest według Lonely Planet centrum życia nocnego Goa) zaczyna młócić (młóci kawałki techno z wczesnych lat dziewięćdziesiątych) już o piątej po południu. O dziesiątej wieczorem impreza się kończy, bo takie na Goa obowiązuje teraz prawo. Więc ta młóckarnia raczej wygląda na tzw. fajfy, czyli dyskoteki dla młodzieży nieletniej, która po zmroku musi być z powrotem w domu.
Tym sposobem wiedziemy bardzo uporządkowany tryb życia. O 8:30 jesteśmy już na jednej z czterech plaż, witamy się z ratownikami i chłopakami noszącymi lód do barów. Zaczynamy nasz poranny zestaw ćwiczeń, a potem pływamy. Na plaży jeszcze bardzo pusto, czasem tylko ktoś ćwiczy lub biega.
Około 9:30 jemy śniadanie: owocowe szejki i kanapki z avocado. Plaża nadal pusta. Przed 11:00 schodzi się cała śmietanka Vagatoru, głównie Rosjanie. Ci piją od rana, ale nie szejki tylko piwo, czasem przepijając jakimś mocniejszym trunkiem, który schowany mają w uroczych plastikowych reklamówkach z napisami Rosja i Moskwa. Rosyjskie kobiety zaczynają kupować tekstylny badziew od Hindusek snujących się po plaży.
Dla nas to istna zabawa słuchać jak dobrze Hinduski sobie po rosyjsku radzą. Z drugiej strony dzięki Rosjankom, nikt nam nic nie wciska. Po zakupach dziewczyny oddają się depilacji nóg lub malowaniu pazurów. Dominuje czerwień strażacka z brokatowymi wstawkami.
Ogólnie rzecz biorąc na plaży dominuje czerwień, bo nasi wschodni sąsiedzi próbują w dwa tygodnie złapać trochę opalenizny, by wyróżniać się wśród podmoskiewskich zasp. Najlepszy na to sposób to spić się od rana i zasnąć na słońcu w samo południe. Czerwona flaga całą gębą. Tylko sierpa i młota brakuje.
Po 10:00 na plaże docierają też święte krowy. Te co srają, gdzie popadnie. Ale tu przynajmniej jak krowa nasra, to zabierane jest przez falę. Krowy i reszta towarzystwa największy upał spędzają na plaży. Czasem święte zwierzę coś wyżre z talerza lub porwie komuś książkę (wszak książka to celuloza i do jedzenia się jak najbardziej nadaje).
Rosjanki proszą obsługę barów o usunięcie parasoli, smarują się olejkiem brązującym z SPF 2 (słownie: dwa), a potem kładą się na leżakach i zastygają w bezruchu. Niebawem południe.
Gdy my mamy już dość słońca (mimo, że przez cały ranek siedzimy pod dachem z liści palmowych) pojawiają się hinduskie wycieczki. Głównie mężczyźni (bo kobieta powina zostać w domu, a nie szlajać się po plaży). W ogóle to podejrzewamy, że to wycieczki firmowe (tak zwane wyjazdy motywacyjne).
Wyjazdy motywacyjne polegają na zmotywowaniu swych pracowników poprzez pokazanie im kawałka świata zachodniego. Tak więc uczesnticy przez cały dzień są wożeni autobusem z jednej plaży na drugą, na każdej spędzają około godziny spacerując i śliniąc się na białe łanie (przepraszam wszystkie feministki, ale określenie “łania” bardzo tu pasuje). Łanie zaś smażą się na słońcu w skąpych bikini lub nawet topless.
Ślinienie najlepiej wychodzi, gdy w bliskiej odległości od łani jest skałka na której można usiąść i się pogapić przez dłuższy czas. Dodam, że gapią się wzrokiem debila, tak jakby nagle uświadomili sobie, że białe kobiety też mają piersi.
Indusi przechadzają się po plaży w pełnym stroju, czyli podkoszulek na ramiączkach, koszula, spodnie w kant i eleganckie buty. Czasem można też podziwiać wersję wyluzowałem-się-na-tyle-że-ściągnąłem-koszulę-i-spodnie, co daje nam w efekcie (dość sprany) podkoszulek na ramiączkach i obrzydliwe gaciory (jeszcze gorsze niż te, jakie nosiliśmy we wczesnych latach osiemdziesiątych w Polsce). Oczywiście eleganckie buty i skarpety prawie do kolan obowiązkowo zostają na nogach.
Ci bardziej światowi są szczęśliwymi posiadaczami kompletu plażowego a'la Goa: bawełniane spodenki do kolan i koszulka na ramiączkach z napisem It's better in Goa!
Do tego dobrze jest wypić piwo. A, że Indusi to nie Rosjanie i na codzień piją bardzo rzadko (jest wiele stanów w Indiach objętych całkowitą prohibicją, np. w Ahmadabadzie w sylwestrową noc aresztowano około 400 osób za spożywanie alkoholu) to już po jednym piwie są zalani w trupa. Leżą nieprzytomni, czasem podmywani przez falę, gdy opadną z sił zbyt blisko wody. Wczesnym popołudniem co bardziej trzeźwi koledzy wleką ze sobą te trupy z powrotem do autobusów, bo czeka ich cała noc w drodze do domu.
Zapytacie się gdzie tu przyjemność plażowania? My przed samym południem ewakuujemy się do naszego domku w dżungli. Na plażę wracamy około 14:00 i zjadamy rybę, a potem zaszywamy się na dzikiej plaży osłoniętej skałą. Aby tam dotrzeć trzeba tę skałę opłynąć, a przecież tego nie zrobi żadna Rosjanka, ani żaden Indus. Ta pierwsza nie zmoczy włosów, a ten drugi nie potrafi pływać. Tu w samotności próbujemy opalić nasze blade tyłki na brązowo, bo jak można po dwóch latach włóczenia się po Azji wrócić do Polski bez opalenizny? Mamy jeszcze miesiąc, więc efekty ocenicie już wkrótce.
01
2010
Goa. Indie.

Żeby nie było, że leniuchowaliśmy, udzieliliśmy obszernego wywiadu dla portalu onet.pl Wywiad zawisł nawet na głównej stronie. Napociliśmy się nad odpowiedziami, bo jak się nie pocić w takim upale.
Onet ma to do siebie, że artykuły można komentować. Przeglądnęliśmy więc dziś komentarze pod naszym wywiadem. I tak jak się spodziewaliśmy, przez dwa lata nasza kochana ojczyzna nic się nie zmieniła. Główny problem poruszany przez interneutów to: skąd mamy kasę i czy przypadkiem nie promujemy homoseksualizmu.
Odpowiadamy więc szybko:
Jeśli promujemy, to tylko siebie, zdrowy tryb życia oraz pozytywne myślenie
A na pytanie skąd mamy kasę to już kiedyś odpowiedziałem pewnej Pani. Skąd kasa? A ile pani ma lat? Ona odpowiedziała 34. Więc ja jej na to, jaki ma Pani samochód? Toyotę Avensis. To niech Pani sprzeda samochód i ruszy w świat, jeśli to Pani marzenie.
Faktem jest, że Toyoty nie mamy i w najbliższym czasie mieć jej nie będziemy. Plazmowego TV też nie.
Dziękujemy za wszystkie pozytywne komentarze. Dobrze, że ciągle są jeszcze tacy ludzie w kraju nad Wisłą.
Pytania zadawał Paweł Zając z redakcji Onetu, ktoremu dziękujemy za zainteresowanie naszymi skromnymi osobami. W zapowiedzi artykułu wkradł się drobny błąd, bo po Chinach nie podróżowaliśmy na wielbłądach, a na rowerach, które były obładowane bardziej niż wielbłądy, a my pociliśmy się niemiłosiernie i wypijaliśmy hektolitry wody.
Wywiad i wesołe komentarze znajdziecie tutaj:
http://przewodnik.onet.pl/1141,1660,1593910,artykul.html
01
2010
India.












01
2010
Ps. My na Goa. Ogólne lenistwo i przygotowania na mrozy w Polsce :)
01
2010
Vagator. Goa. India.



01
2010
North India.




01
2010
Ahmedabad. India.


Małe sprostowanie: wszystko działo się 29-go grudnia 2009.
Ahmedabad miał być tylko miastem przesiadkowym w drodze z Udaipur do Mumbaju. Mieliśmy tam spędzić jedno popołudnie i noc. I choć przewodnik barwnie opisywał to miasto, wjeżdżając do niego już wiedzieliśmy, że miło to tu nie będzie. Kurz, chaos i święte krowy, a do tego jakoś tak industrialnie się zrobiło. W tym całym mętliku ukryło się kilka meczetów, resztki murów obronnych i kilka budynków Le Corbusier'a.
Widząc to królestwo beznadzieji na przedmieściach mieliśmy tylko jedną myśl w głowie. Znaleźć przyzwoity hotel, lokalną knajpę z kurczakami i doczekać do rana. Na kurczaki szansa była duża, bo miasto zamieszkane przez muzułmanów, a i sama nazwa Ahmedabad bardziej się kojarzy z Pakistanem niż z Indiami.
Gdy przesiedliśmy się do rikszy i ruszyliśmy w okolice hotelu Metropol (jak z gry planszowej Eurobiznes) po drodze mijaliśmy dziesiątki udekorowanych platform i setki rozwrzeszczanych nastolatków z bębnami. Karnawał się zaczął?


Okazało się, że to muzułmańskie święto Muhharam, a raczej ostatni dzień obchodzony najbardziej hucznie. Knajpy zamknięte. To pierwsze co usłyszeliśmy z ust recepcjonisty. Złowroga perspektywa próby przetrwania całego dnia na ciastkch i coca-coli zawisła nad naszymi głowami. Na szczęście miły pan podał nam bardzo obszerne menu, w którym były kurczaki, baranina i coś, czego szukaliśmy od dawna pieczona gicz jagnięca. Wszystko z dostawą do pokoju.
Na ulicy szał dosięgał właśnie zenitu. Platformy otoczone setkami bębniarzy przesuwały się wolno do przodu. Przez chwilę mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w Ameryce Południowej a nie w Azji. A może na Filipinach? Zwłaszcza, gdy zobaczyliśmy grupę zakrwawionych mężczyzn.
Z uwagi na to, że byliśmy jedynymi turystami w mieście każdy chciał nam uścisnąć dłoń. Ci zakrwawieni też. Rafał uratował sytuację robiąc im zdjęcie, bo bardzo pchali się wszyscy do aparatu. Wręcz zmuszali nas do robienia fot. Trudno było odmawiać, więc Rafal udawał, że robi zdjęcia. Tym sposobem nie staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami tysiąca nikomu niepotrzebnych fot. Na szczęście nikt z nich nie wpadł na to, by zobaczyć jak to zdjęcie wygląda.
W ogłuszających dźwiękach bębnów nic właściwie nie było słychać, a każdy zadawał nam pytanie skąd jesteśmy. Po chwili na na każde pierwsze pytanie odpowiadałem: Poland, a na drugie: Maciej. Na tych dwóch pytaniach każdy dialog na szczęście się urywał, aż do chwili, gdy jeden z panów poprawił mnie, że nie pyta mnie trzeci raz o moje imię i kraj, ale o to, czy przyjechaliśmy tutaj specjalnie na Muhharam. Odparłem, że tak, więc pan był w pełni usatysfakcjonowany.
Ulica pulsowała rytmem bębnów, aż do chwili gdy o 5:30 z meczetów słychać było nawoływanie do modlitwy.
Karnawał dla muzułmanów kończy się na trzy dni przed sylwestrem. Może to i dobrze, bo w czasie tego święta każdy muzułmanin powinien iść ścieżką wyznaczoną przez męczennika Imama Hussaina i przestrzegać zasad Koranu, a w sylwestra coś chlapnąć by jednak wypadało (a jak wiadomo Koran zabrania).
01
2010
Mumbai. Indie.
Za nami sylwester w Bombaju. Układy choreograficzne a la Bollywood mamy opanowane do perfekcji. Teraz Goa i Kerala. Bardzo stęskniliśmy się za morzem, plażą i lenistwem. A co potem? Na święta zrobiliśmy sobie specjalny prezent. Bilet lotniczy do ... Warszawy. Lądujemy 18-go lutego!
Nie myślcie, że nasz never-ending-trip się kończy. Polska to krótka przygoda, bo już w kwietniu ruszamy dalej.
Żegnamy się z rokiem 2009 a także powoli Azją. Miniony rok był niezwykły. Nie wiem, czy udałoby się jeszcze coś więcej z niego wycisnąć, bo gdy przeglądam naszego bloga, aż trudno mi uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się w 365 dni.
Za Azją już tęsknimy, ale pewnie wrócimy tu nie raz. Jest tu jeszcze wiele miejsc do których nie dotarliśmy.
Bardzo się cieszymy na te krótkie wkacje od podróżowania, które spędzimy wśród rodziny, przyjaciół i znajomych.
Tak więc jedną nogą deptamy jeszcze po zasranych ulicach Indii, a drugą jesteśmy już w Polsce. Byle się nie poślizgnąć, bo nie wiadomo co bardziej śliskie, gówno czy lód? To drugie przynajmniej nie śmierdzi. Chyba, że śnieg stopnieje ... ale psia kupa, to przynajmniej kupa polskiego psa zabójcy trzymanego w mieszkaniu socjalnym w centrum Poznania, a nie indyjskiej świętej krowy.
W 2010 życzymy zrealizowania marzeń. Znów cały rok przed nami.
Ponownie zgłosiliśmy się do konkursu na blog roku. A nóż, widelec ... Szczegóły już wkrótce.

